Ból go zabija

Ból go zabija

Jechał do pracy na rowerze, słyszał zbliżający się z tyłu samochód. Upadek do rowu był bolesny, ale właściwie bez żadnych wyraźnych obrażeń. Po dwóch latach od wypadku, życie Grzegorza Bednarka bywa koszmarem. Dwa razy próbował ze sobą skończyć, właściwie rozpadło się jego małżeństwo, widoków na pracę też nie ma.

Grzegorz wierzy, że będzie kiedyś „normalny”. Dziś czuje się dobrze, ale boi się nawrotów choroby. Choć naprawdę nie wiadomo, czy na coś choruje. Na pewno jego problemy z głową – ból, zawroty, zawężenie pola widzenia, depresyjny nastrój, agresywne zachowania – są skutkiem wypadku na rowerze i urazu głowy.

Był ciepły kwietniowy dzień 2008 roku. Grzegorz dojeżdżał już do Kowar, był na ulicy Karkonoskiej przed wiaduktem. Dziś mówi, że nie pamięta wielu szczegółów.

- Słyszałem też nadjeżdżający samochód. Potem bach, I leżę w rowie. Nie wiem, czy mnie potrącił lusterkiem, czy podmuch powietrza mnie zmiótł z jezdni. Ale smaku ziemi w ustach nie zapomnę nigdy. Tego, jak wstałem z rowu i dotarłem do swojego zakładu nie pamiętam. Ale już na terenie firmy zgłosiłem się do majstra i powiedziałem, że miałem wypadek, że źle się czuję, że coś ze mną jest. Majster nie dopuścił mnie do pracy i powiedział żebym szedł do domu – opowiada 31-letni mężczyzna.

Tydzień temu przyszła z Warszawy odpowiedź z Ubezpieczeniowego Funduszu Gwarancyjnego. Fundusz odmówił Grzegorzowi wypłaty odszkodowania z tytułu wypadku i to nawet nie dlatego, że nie ustalono sprawcy, czyli kierowcy samochodu, który miał potrącić rowerzystę. UFG bazuje na postanowieniu prokuratury, która badała okoliczności zdarzenia i umarzając dochodzenie stwierdziła, że brak w tym incydencie cech czynu zabronionego. Jednym słowem – nic nie wskazuje na to, by wypadek spowodował ktoś trzeci.

A obrażenia, które odniósł mężczyzna po upadku do rowu, opisane w policyjnej notatce, nie wskazywały na poważny rozstrój zdrowia. Otarcia naskórka – to wszystko.

- Liczymy na to, że odezwą się jacyś świadkowie tego zdarzenia. Może ktoś akurat wtedy przejeżdżał tą drogą, może widział Grześka. Każdy sygnał będzie dla nas cenny – mówi Ludmiła, żona Grześka.

Po tym, jak Grzegorz został odprawiony przez majstra do domu, zadzwonił do swojej teściowej i opowiedział o zdarzeniu. Nikt z zakładu pracy nie wezwał pogotowia, bo po mężczyźnie nie było widać, że coś poważnego mu dolega.

- Ale jak mi Grzesiek powiedział, że chyba go potrącił samochód, to zadzwoniłam na policję do Kowar i poprosiłam, żeby tam przyjechali – mówi Walentyna Pelczarska, teściowa mężczyzny.

Patrol przyjechał, spisał notatkę, oglądał nawet miejsce, gdzie rowerzysta wpadł do rowu. Ale żadnych śladów wskazujących na udział w incydencie jakiegoś pojazdu nie było.

- Dla mnie to niepojęte. Człowiek mówi, że uderzył głową, że miał wypadek, a policja też karetki nie wezwała – dodaje W. Pelczarska.
Pogotowie wezwała sama, gdy Grzegorz z pokieraszowanym rowerem wrócił sam do domu po około dwóch godzinach.

Całość czytaj w najnowszym numerze "NJ".
 

Ból go zabija
Ból go zabija

Komentarze (0)

Napisz komentarz

WERYFIKACJA
Poniższe zadanie ma na celu stwierdzenie, czy jesteś człowiekiem, a tym samym przeciwdziałanie spamowi.