Gastronomia po pandemii. Kto przetrwa?

Gastronomia po pandemii. Kto przetrwa?

O problemach przybytków gastronomicznych wszelkiego rodzaju, spowodowanych przez epidemię COVID-19, pisaliśmy już kilkakrotnie, a ich właściciele ostrzegali, że przedłużające się okresy zamknięcia mogą spowodować spustoszenie w ich branży. Jak wygląda sytuacja pod koniec maja 2021 r., u progu lata, u progu sezonu turystycznego?

Czy sprawdzą się prognozy z zeszłego roku?

- Gastronomia nie jest produktem pierwszej potrzeby i kolejnego lockdownu po prostu nie przeżyje – ostrzegał na naszych łamach Tomasz Nielubiński, właściciel zabobrzańskiej pizzerii „Pasja”, w lipcu ubiegłego roku. Dziś szacuje, patrząc z punktu widzenia nie tylko „szeregowego” restauratora, ale także jako członek ogólnopolskiego Klubu Szefów Kuchni, że co najmniej 10 proc. lokali gastronomicznych (w skali kraju) nie zostanie otwartych. Ich właściciele albo zbankrutowali, albo uznali, że dalsza działalność z różnych względów nie ma sensu.

Z danych uzyskanych w urzędach miejskich karkonoskich kurortów wynika, że miejscowi restauratorzy nie zgłaszają zamknięcia swych biznesów. Podobnie wygląda sytuacja w Jeleniej Górze.

– Rzecz zrozumiała – komentuje jeden z urzędników. – Właściciele przybytków gastronomicznych korzystali z pomocy publicznej, a otrzymanych dotacji czy subwencji nie zwraca się jedynie wtedy, jeśli kontynuuje się działalność gospodarczą. Podobnie uzasadniają konieczność prowadzenia działalności, „z zaciśniętymi zębami i za wszelką cenę”, jak wyraził się jeden z restauratorów w Szklarskiej Porębie, przedstawiciele branży gastronomicznej. Problem, i to bardzo poważny, widzą w czym innym.

Żniwo będzie wielkie, ale robotników – mało

- W połowie maja pozwolono otworzyć nam ogródki przy restauracjach – relacjonuje Tomasz Nielubiński – i gdyby nie pogoda, ruch byłby znaczny. Klienci, zwłaszcza stali, stęsknili się za ulubionymi knajpkami, możliwością wyjścia z domu, posiedzenia przy dobrym jedzeniu, kawie czy winie. To dobry prognostyk na lato, tylko że… NIE MA KOMU OBSŁUGIWAĆ KLIENTÓW.

To nie jest odosobniona opinia. Okazuje się, że na brak pracowników cierpi cała branża zwana „horeka” (hotele, restauracje, kawiarnie). Brakuje kelnerów, pomocy kuchennych, barmanów, recepcjonistów, pokojówek. Właścicielom obiektów hotelowych czy gastronomicznych przybyła więc, obok kłopotów finansowych, kolejna troska.

- Na wszystkich możliwych portalach ogłosiłem, że potrzebuję dwóch kelnerów na sezon letni – opowiada pan Darek z Karpacza Górnego. - I co? I nic. Brak odzewu. Nie wiem, co zrobię, a weekend Bożego Ciała już za kilka dni. Ma być rekordowa ilość gości w Karkonoszach. Jak ich obsłużymy, nie mam pojęcia.

W oczach jego kolegów ze Szklarskiej Poręby widać lekką panikę: - Skończy się tym, że nawet seniorzy z mojej rodziny będą robić za kelnerów – ponuro żartuje właściciel knajpki niedaleko dolnej stacji wyciągu na Szrenicę.

- Poszukuję na sezon co najmniej dwóch pracowników – wtóruje karkonoskim restauratorom Karolina Hartwig z „Chatki Niedźwiadka” w Dziwiszowie. – Brakuje kandydatów. Widać, że ludzie niechętnie idą do pracy w gastronomii.

Dlaczego? – Mam dość! – Kamil, jeszcze rok temu pracujący jako kelner, uciekł z branży gastronomicznej do… budowlanki. – W restauracji pracowałem na umowie-zleceniu, tylko w sezonie. Trzymali mnie na pensji minimalnej licząc, że uzupełnię sobie napiwkami. Wieczory i weekendy zajęte, praca wycieńczająca i fizycznie, i psychicznie. Teraz też ciężko pracuję, ale od 8 do 16. Popołudnia i weekendy wolne, a pensja na rękę w granicach 4 tys. zł Wiem, że to też praca sezonowa, ale idzie trochę odłożyć, a jak poduczę się pracy przy remontach wnętrz, to zimą też można znaleźć zajęcie. Zawsze bałem się ciężkiej pracy pod gołym niebem. Teraz widzę, że nie zawsze jest ciężka i nie zawsze pod gołym niebem, a daje konkretne pieniądze.

Przyczyną zjawiska jest nie tylko boom w budowlance, gdzie zatrudnienie znajdują przede wszystkim mężczyźni. – Ludzie zniechęcili się, przerażeni niestabilnością zatrudnienia – tłumaczy Tomasz Nielubiński. – Zamknięto nas na 2,5 miesiąca w zeszłym roku, trochę odkuliśmy się latem i znowu przyszedł lokcdown w połowie października. Miał być na 2 tygodnie, a zamknięto nas na 7 miesięcy! Przecież nikt nie wytrzyma takiej niestabilności zatrudnienia – ani pracodawcy, ani tym bardziej pracownicy.

Na dodatek problem ma poważny wymiar finansowy. Miesięczny koszt pracy zatrudnionego z minimalną pensją pracownika wynosi dla pracodawcy ponad 5 tys. brutto – wielkość tę generuje podatek oraz wszelkie składki na ZUS. – Tymczasem pomoc publiczna na 1 zatrudnionego w skali miesiąca wynosi około 2800 zł – szacuje Tomasz Nielubiński. – Tak więc przez 7 miesięcy zamknięcia dołożyłem do każdego zatrudnionego 19600 zł Z czego? Z własnych, prywatnych pieniędzy, które powinienem przeznaczyć na potrzeby moje, mojej rodziny czy rozwój firmy! Niech więc nikt się nie dziwi, że utrzymuję minimalną ilość zatrudnionych a w sezonie nie każdy klient zostanie obsłużony. Naturalnie stali, wieloletni klienci znajdą swe miejsca, lecz na więcej osób nie pozwala mi… państwo polskie, swą polityką – dodaje rozgoryczony restaurator.

Paradoksy pomocy publicznej

Jak wynika z rozmów z restauratorami, prawie każdy z nich przyjął w okresie zamknięcia podobną strategię zatrudnienia: - Zatrudniam 3 osoby i zrobię wszystko, by zapewnić im pracę, bo są to świetni fachowcy – zarzeka się właścicielka „Chatki Niedźwiadka”. – Korzystałam oczywiście z pomocy publicznej, lecz po pierwsze – nie pokrywa ona całości kosztów, a jedynie jedynie jakieś 2/3, no i po drugie – kryje się w niej pewien paradoks. By uzyskanej pomocy nie zwracać, trzeba mieć zarejestrowaną działalność. Z tym wiąże się ponoszenie opłat a nie mam na myśli ZUS-u - precyzuje pani Karolina. – To są opłaty za koncesję na alkohol, którego się przecież przez 7 miesięcy zamknięcia nie sprzedawało, to są opłaty za śmieci, choć śmieciarki nawet nie podjeżdżały, bo nie było po co, to w końcu daniny dla organizacji typu ZAIKS za muzykę w lokalu, której przez 7 miesięcy nikt nie słuchał… Na takie opłaty szła spora część pomocy publicznej a ja, jako przedsiębiorczyni, musiałam głęboko sięgać do prywatnej kieszeni, chcąc przetrwać. Ratuje mnie to, że „Chatka Niedźwiadka” jest moją własnością i nie jestem obarczona kredytami.

Szczęśliwi ci, którzy kredytów nie brali

Zupełnie inna jest sytuacja restauratorów, którzy pracują w wynajętych lokalach, a najgorsza chyba tych, którzy pobrali wieloletnie kredyty na rozwój działalności. – Bank nie odpuści – mówi jeden z nich. – Co prawda w zeszłym roku w marcu zaproponowano mi zawieszenie rat, ale kiedy tylko coś drgnęło, natychmiast kładziono łapę na tym, co miałem na koncie. Doszło do tego, że co bardziej zaprzyjaźnieni klienci płacili mi gotówką, nie kartą, bym miał środki na zakup produktów.

Przedsiębiorca poradził sobie, sprzedając mieszkanie, które trzymał dla córki, i w ten sposób spłacając kredyt. Ilu jest jednak takich, którzy nie mają majątku do spieniężenia, a kredyty ich duszą?

Wszystko wskazuje na to, że w branży gastronomicznej panuje cisza przed burzą. Po upływie 3 miesięcy od otrzymania ostatniej transzy pomocy publicznej sporo lokali może zakończyć działalność, i to nie tylko z powodu problemów finansowych, ale także wskutek braku rąk do pracy. Klientom grozi zaś to, że albo nie znajdą ulubionej knajpki, albo nie będzie miał ich kto obsłużyć.

Ewa Kiraga-Wójcik

Teskt ukazał się w 22 numerze Nownin Jeleniogórskich z 23 maja 2021

Komentarze (12)

Pizza to nie jest jedzenie, McDonald's to nie jest restauracja.

"Bury" to zbrodniarz przeklęty z lasu wyklętych zbrodniarzy.

Wystarczy każda prymitywna prowokacja żebyś uznał ją za pewnik?? Niesamowicie podatny jesteś na sugestie i słaby na umyśle...

"Na dodatek problem ma poważny wymiar finansowy. Miesięczny koszt pracy zatrudnionego z minimalną pensją pracownika wynosi dla pracodawcy ponad 5 tys. brutto" Jeżeli mamy takich "byznesmenów" w Jeleniej Górze,to nie dziwię się,że ich firmy padają. Łączny koszt utrzymania pracownika zatrudniającego na umowię o pracę z minimalną kwotą wynagrodzenia to koszt około 3150 zł/mies. Poza tym dość często pracownicy w tej branży są zatrudniani albo na jakąś część etatu,albo na umowy śmieciowe. Jeszcze dwie sprawy właściciele takich interesów przez lata prowadzenia knajpy,hotelu itp. mogli się spodziewać,że kiedyś przyjadzie jakaś mała zapaść i mogli się przed tym zabezpieczyć,druga rzecz,to czy wy "panowie prezesi" oddajecie swoje produkty-usługi za darmo,że tak jęczycie? Przez kilka lat pracy z branżą turystyczną nauczyłem się tylko jednego,jej przedstawiciele zawsze narzekają. A to,że w tej branży brkauje pracowników,wcale mnie to nie dziwi, po prostu panowie przedsiębiorcy, ludziom trzeba płacić mniej a wymagać więcej:) Wtedy będzie więcej chętnych do pracy.

Teraz jest moda nie jeść mięsa.99%restauracji dla mnie już nie istnieje.

W Jeleniej Górze jest kilka dużych firm zatrudniających mnóstwo pracowników. Dlaczego restauracje nie wprowadziły na ten czas możliwości dowożenia obiadów dla pracowników? Obiad za ok. 15 zł z możliwością zapłaty przez Internet. Są do tego narzędzia np prosty portal e-Lunch.

Nie ma chyba na terenie Jeleniej Góry restauracji, gdzie można by zamówić śniadanie z dowozem (fajne kanapki takie jak np. w Cafeina, tylko oni nie dowiozą).

Pokażcie mi restaurację z dobrą pizzą na dowóz - są może ze 2-3 dobre pizzerie i to wszystko.
średnie restauracje, które jakoś tam się trzymały nie zrobiły nic, aby mieć klientów.

Zostały restauracje, które podawały dobre jedzenie i dobrze.

Trzeba zacząć od tego,że w jeleniej nie ma dobrej restauracji,wszystkie "jadłodajnie" to są tylko miejsca rozdziału gotowych produktów na mniejsze porcje,praktycznie każda "restauracja" w tym mieście kupuje gotowe produkty które są tylko rozdzielane na porcje do handlu detalicznego. Myślisz,że jak pójdziesz do "restauracji "x" to dostaniesz innego "schabowego" niż w restauracji "y"? Przecież te wszystkie produkty są wstępnie przetworzone a jedyne co ma zrobić kucharz w knajpie to albo je podgrzać albo podzielić (jak to jest np w przypadku sałatek)na mniejsze porcje. Co lepsze,są w tym mieście "restauratorzy" którzy sprzedają pod swoim szyldem produkty z Biedronki,np pierogi czy pizzę:)

Ojoj bidulki restauratorzy nagle nie mają taniej siły roboczej i okazuje się, że ludziom trzeba będzie ZAPŁACIĆ?No to zakasać rękawy i brac się do roboty

Dziękuję, nie skorzystam z naszych restauracji. W sobotę w Sofie za piwo 0,4L, Aperola, 2 Hugo i sałatkę Cezar zapłaciłem 98 zł. To jakiś żart. Nigdy więcej za takie pieniądze. To nie tylko moje zdanie.

To i tak nie jest dużo, w porównaniu z innymi lokalami.

Co to znaczy, że to nie jest dużo? To wg. mnie masakrycznie dużo. Rachunek powinien być na max 60 zł. Dlatego nie było tipa i nie będzie odwiedzin w jeleniogórskich knajpach. Sorki ale czas zejść na ziemię, a nie próbować odbić sobie starty z naszych pieniędzy.

Cześć panowie, mam na imie Monika 25 lat. Chętnie poznam normalnego faceta. Nie szukam sponsora, nie interesuje mnie jakie masz zarobki, samochód itp. Przede wszystkim cenię kulturę osobistą i poczucie humoru, wygląd dla mnie to sprawa drugorzędna. Zainteresowane osoby zapraszam do kontaktu. Więcej moich zdjęć można zobaczyć na moim profilu : panieonline.pl/monia89

Napisz komentarz

WERYFIKACJA
Poniższe zadanie ma na celu stwierdzenie, czy jesteś człowiekiem, a tym samym przeciwdziałanie spamowi.