Miłość bez granic

Miłość bez granic

Z Jeleniej Góry do Londynu Annę zaprowadził przymus ekonomiczny. Anderson przyjechał tam na chwilę z Brazylii. Dwie połówki z dwóch pólkuli Ziemi odnalazły siebie. Czy nasze losy są zapisane w gwiazdach? - pyta Jan Baranowski, który swoją pierwszą miłość poślubił po... 40 latach. Dzieliło ich 11 tysięcy kilometrów, dwa różne światy, dwa inne życia. Dwie historie.

Z happy endem. Na Walentynki.
Ślub on-line
Do Londynu nie jechała szukać miłości. Nie myślała, że swoją drugą połówkę znajdzie aż z drugiej półkuli. To był zwyczajny roboczy dzień. Anna z mokrą głową, prosto spod prysznica. Anderson stał w pokoju z kwiatami i pierścionkiem. Powiedział, że ją kocha i chce spędzić z nią życie. Nie wahała się ani wtedy, ani później, kiedy babcia, już w Polsce, spytała: „Anusia, a czy jesteś pewna?”

Ślub wzięli w londyńskim urzędzie w ubiegłą sobotę. W Jeleniej Górze i brazylijskim Sao Paulo rodziny zasiadły przed internetem. Wznosząc toast szampanem, oglądały bezpośrednią relację: kamera zamontowana w urzędzie co 30 sekund przesyła zdjęcie pary młodej i uroczystości zaślubin. Miłość nie zna granic. Przynajmniej w Londynie.
Anna Żarczyńska, jeleniogórzanka, trzy lata temu wylądowała na lotnisku w Londynie. Bez znajomości języka, za to z obietnicą pracy i dachu nad głową.

- Chciałam dorobić, odłożyć, stanąć na nogi... w Polsce ciężko jest samotnej matce - Anna urodziła syna, kiedy miała 17 lat. Na pomoc ojca dziecka nie mogła liczyć. - Bez wsparcia rodziców nie dałabym rady.
Kończyła wieczorowy ogólniak, opiekowała się synkiem, pracowała w sklepie, kiosku, fabryce. Kiedy zarabiała więcej, wstrzymywano rodzinne i fundusz alimentacyjny. Za tysiąc złotych trudno się odbić od kreski samotnej matce. Londyn miał być trampoliną.
- Jak wielu Polaków, i mnie oszukano - opowiada Anna. Znajoma Polka zamiast zapłacić z góry za mieszkanie, pieniądze Anny schowała do kieszeni i... ślad po niej zaginął. - Pomogli współmieszkańcy domu, obcokrajowcy. Pracę znalazłam sama.
Była pokojową, teraz pracuje jako kucharz w największym londyńskim hotelu „Hilton”.

- Tam poznałam miłość swojego życia - uśmiecha się Anna. - On jeden nie zwracał uwagi na dziewczyny, z którymi pracował. I zawsze się uśmiechał, patrząc prosto w oczy.
Anderson przyjechał do Londynu przed dwoma laty z Sao Paulo w Brazylii. Miał popracować trochę, wrócić do Brazylii, ale poznał Annę. Spacery, kawa, kwiatek, rozmowy w łamanej angielszczyźnie. Przedstawił jej swoich przyjaciół, uczył, jak tańczyć sambę, choć...
- ...nogi przy tym wysiadają. Nie miałam już 17 lat, a poczułam się jak młoda dziewczyna - opowiada Anna. Różnic kulturowych nie bała się wcale. - Brazylijczycy są katolikami, niezwykle otwarci i serdeczni, przed gośćmi otwierają serca i lodówki - dopowiada. - Anderson uprzedził mnie: „bierzesz za męża Brazylijczyka, będzie oglądał futbol, kochał muzykę, taniec i kuchnię”. A mi to odpowiada.
W Londynie nie zostaną na stałe. Zarobią trochę grosza i...
- Może Wrocław? Na pewno Polska, nie Brazylia. I nie Londyn: bo to za duże miasto, za szybko się żyje, właściwie tylko się pracuje.

Anderson polubił żurek, bigos i ruskie pierogi. Anna przepada za brazylijską fasolą. Zastanawiają się, czy kiedyś nie otworzyć w Polsce brazylijskiej knajpki, razem z przyjaciółmi, polsko-brazylijskim małżeństwem. To Anna i Anderson poznali ich razem.
Anna i Anderson ślub kościelny planują w Polsce. Bo po cywilnym, on-line, kiedy czternastoletni syn Łukasz zadzwonił do Anny, rozpłakała się. „Mamo, żebyś sobie ułożyła życie, ja zaopiekuję się babcią” - mówił syn do słuchawki.
- W sercu mnie ścisnęło, oni tu, ja tam.

Razem po... 40 latach
Fot. Archiwum prywatne- Był moim pierwszym chłopakiem - mówi Grażyna przez skype’a w swoim autralijskim domu.
- Pierwsza miłość, ta najbardziej uczciwa, porywająca. Zwykle rzadko się spełnia, zostaje w pamięci jak ołtarzyk. Nasza, po 40 latach, znowu zakwitła - dopowiada Jan Baranowski. O swojej „Grażce” mówi: „była moja pierwszą miłością”.
Poznali się w jeleniogórskim... tramwaju. Był tok 1968. Ona miała 16 lat, wsiadała codziennie na przystanku koło „Małej Poczty”. On był wysokim szczupłym chłopcem. Miał 17 lat.
- Miły, spokojny i bardzo delikatny. W tramwaju śpiewał mi do ucha „przyjdę do Ciebie niebieskooka”. Tak go zapamiętałam (Ona).
- Mam mówić po męsku? Fajna laska była, szczuplutka, porywający uśmiech i te oczy... dziewczyna, w której się można zakochać (On).

Spotykali się przez kilka miesięcy. Spacery, kino. I pierwszy pocałunek w korzytarzu domu, w dzień, kiedy rozstawali się przed wakacjami. „W sercu żal, w oczach łzy i obopólne deklaracje o dozgonnej miłości, pamięci, listach i ponownych spotkaniach” - tak opisał pożegnanie w korytarzu Jan Baranowski po 40 latach.
Miłość nastolatków nie przetrwała wakacyjnego rozstania.
- Miał łzy w oczach, kiedy mu powiedziałam we wrześniu, że nie będziemy się więcej spotykać - te łzy nosiła Grażyna w sercu przez wiele lat.
Dwa lata później Grażyna wyszła za mąż za Greka, w 1973 roku wyjechała z nim do Jugosławii, a cztery lata później do Australii. Urodziła i wychowała dwoje dzieci. Doczekała się wnuków. Po 31 latach małżeństwa rozstała się z mężem.
- Jak w życiu coś jest nie tak, człowiek wraca do przeszłości. Ja w głowie wciąż miałam mojego Janka - przyznaje Grażyna. Kiedy odwiedzała rodzinę w Jeleniej Górze, chciała biec do dawnego mieszkania Janka. Wyobrażała sobie, że spotykają się na przystanku koło „Małej Poczty”. - Nigdy się na to nie odważyłam. Nie chciałam komuś psuć życia.
Kiedy żona siostrzeńca namówiła Grażynę na dołączenie do „Naszej Klasy”, próbowała odszukać Jana Baranowskiego. Bezskutecznie. W połowie stycznia 2008 roku „kliknęła” po raz kolejny.

- ...z Australii kobieta pytała, czy mieszkałem na Granicznej, w pierwszej chwili pomyliłem Grażkę z sąsiadką, która wyjechała za ocean. - Jan Baranowski mówi, że życie pisze własne scenariusze, na które nie do końca mamy wpływ. Wiadomość z Australii dostał w drugim dniu funkcjonowania na „Naszej Klasie”, do której zresztą nie przywiązywał wagi. - A może nasze losy są jednak zapisane w gwiazdach?
„Janek z tramwaju” mieszkał w Lądku Zdroju. Tam się ożenił w 1974 roku (także z... Grażyną), tam na świat przyszedł jego pierworodny, tam prowadził mały biznes, a później zajmował się zarządzaniem nieruchomościami. Tam w 1999 roku zmarła jego żona. Kiedy z dalekiej Australii odezwała się Grażka...
- Wątpliwości były. Czy potrafimy się porozumieć po 40 latach? Mamy ten sam rodowód, ale dzieliły nas kilometry i doświadczenia. (On)
- Ten sam Janek, a taki inny. Po 40 latach spodobał mi się tak samo jak w 1968 roku w tramwaju. Pozostała w nim ta sama delikatność (Ona).

Kiedy w tym samym 2008 roku Grażyna przyleciała do Polski, Jan kilka razy w tygodniu pokonywał drogę z Lądka Zdroju do Jeleniej Góry. Trudno w ciągu kilku godzin, kilku dni, opowiedzieć dwa życia.
Kiedy po sześciu tygodniach Grażyna wracała do Australii, Jan na lotnisku w czeskiej Pradze kupił jej złoty pierścionek.
Do Australii przyleciał 9 marca 2009 roku. Prześladowała go myśl, że każdy przylot kończy się odlotem. „Tym razem nie zdam się na los” - pomyślał i kiedy zdenerwowana Grażka z przejęcia zapomniała, gdzie zaparkowała samochód, a później opowiadała, że czasem choruje, że...
- Przypomniałem sobie Baśkę i „małego rycerza” - Wołodyjowskiego - i odezwałem się jego słowami: „nic to, mój aniele, nic to kochanie, nic to.. jestem z tobą i będę z tobą, jeśli tego chcesz”.
Ślub wzięli 26 kwietnia 2009 roku w domu w Australii. Świadkami były dzieci Grażyny.
- Janek tak pięknie przystroił dom kwiatami... Kiedy po raz pierwszy wychodziłam za mąż - śmiałam się. Tym razem byłam wzruszona. Kiedy się kocha i ma sie naście lat, myśli się o dniu dzisiejszym, po latach myśli się o jutrze. (Ona)
- Trochę starszy pan brał ślub, a serduszko pikało, głos drżał. (On)

Wcale nie tęsknią za czasami, kiedy mieli po naście lat. - „Teraz jestem wolna, dzieci wychowałam, czuję się, jakbym znów miała 16 lat” - deklaruje Grażka. „Jeszcze by człowiek palnął głupstwo i się pokłócił - śmieje się Jan Baranowski - czas mógłby się dla nas zatrzymać w tym miejscu”.
Lubią razem podróżować, robić zakupy, posadzić figi w ogrodzie.
- ...i oczywiście się kochać - dopowiada przez skype Jan. - Bez uczucia dwoje ludzi nie potrafi żyć razem przez 24 godziny na dobę i nie przeszkadzać sobie. Postanowiliśmy być z sobą na dobre i na złe. Inaczej to nie miałoby sensu.
Jan nie tęskni za Polską, bo:
- Mam tutaj kochającą żonę, która świetnie gotuje po polsku, piwo polskie też tutaj jest, góry i narty mamy 200 km od domu, a Polskę i syna za jednym kliknięciem komputera.
Kiedy we wrześniu 2008 roku Jan po 40 latach od pierwszego pocałunku spotkał Grażkę w Jeleniej Górze i kiełkowała w nich myśl, że będą odtąd razem, w otwartej księdze wystawionej w Ratuszu z okazji „Września Jeleniogórskiego”, zostawili swój wpis.

- Napisaliśmy o sobie. Tym, którzy za 100 lat odkopią księgę i będą ją czytać, życzyliśmy, aby doświadczyli takiej miłości, jak nasza.
Małgorzata Potoczak-Pełczyńska

Miłość bez granic

Komentarze (1)

nie tylko walentynkowo...niech Wam sie szczesci na tej nowej drodze zycia..hpLan

Napisz komentarz

WERYFIKACJA
Poniższe zadanie ma na celu stwierdzenie, czy jesteś człowiekiem, a tym samym przeciwdziałanie spamowi.