Nie wiemy, co jemy

Nie wiemy, co jemy

Marcin Bustowski, szef Związku Zawodowego Rolników Rzeczpospolitej Solidarni, powołując się m.in. na badania Najwyższej Izby Kontroli, twierdzi, że polscy konsumenci są regularnie truci, spożywając dostępne w dużych sieciach produkty, a państwo pozostaje bierne. Działacz rolniczy przekonuje, że kontrola nad bezpieczeństwem żywności jest ważniejsza niż zbrojenie się. Poniżej krótka rozmowa z przewodniczącym ZZRR Solidarni.

- W Polsce mamy cały system kontroli weterynaryjnej, inne instytucje stojące na straży szeroko pojętego bezpieczeństwa. Dlaczego twierdzi pan, ze brakuje kontroli nad bezpieczeństwem żywności?

 

- Regularnie informuję decydentów o dramatycznej sytuacji, ale okazuje się, że grupa wpływu, która czerpie korzyści z tej sytuacji jest mocna. Z moich informacji wynika, że praktycznie rejestracja zwierząt w ARMiR-ze nie funkcjonuje, nikt nie wie tak naprawdę ile tych świń wjeżdża, wyjeżdża. Nikt nie robi badań tych zwierząt pod kątem niedozwolonych leków. A decydenci mimo dokumentów, bezpośrednich informacji od rolników zupełnie nie reagują. Tymczasem w Polsce jest wzrost umieralności. Statystyki mówią, że największy po wojnie. Niektórzy tłumaczą, że społeczeństwo się starzeje, ale przecież umiera bardzo dużo ludzi pomiędzy 45 a 60 rokiem życia. Szpitalne oddziały onkologiczne są przepełnione. To niewątpliwie wynika także ze złej jakości żywności. Dodajmy, że rząd PiS nie dość, że zezwala na trucie Polaków i nic z tym nie robi, to jeszcze wycofał refundację na niektóre leki na nowotwory.

 

- Z tego co pan mówi, wynika, że sytuacja z pozbawionym kontroli obrotem płodami rolnymi trwa od wielu lat i nie dotyczy tylko rządów PiS...

 

- Tak, ale wydawało się, że kiedy PiS obejmowało władze w Polsce, wiele się zmieni, że są świadomi powagi sytuacji. Tymczasem jest jeszcze gorzej. W Strategii Zrównoważonego Rozwoju Mateusza Morawieckiego zakładano powstanie Agencji Bezpieczeństwa Żywności, potężną instytucję, gdzie w sposób skoordynowany działałby pion sanitarny, weterynaryjny. ABŻ miało stać na straży przestrzegania przyjętych norm, łącznie z pilnowaniem granic, utrzymaniem niezależnych laboratoriów, także mobilnych, ośrodków badawczych, a nie, jak dzisiaj, działających na rzecz wielkich przetwórców, którzy są największymi klientami i płatnikami. Ważnym elementem porządkującym rynek rolny miała być cena rekomendowana na poszczególne produkty z uwzględnieniem wszelkich kosztów w tym amortyzacji budynków, sprzętu. Nic z tego wprowadzone nie zostało. Jeden z pracowników dużej sieci powiedział mi wprost, że gdyby odpowiednie normy bezpieczeństwa żywności zostały wprowadzone w życie, to na półkach sklepów tej sieci pozostałoby niewiele towarów. Łącznie z towarami oznaczonymi jako „bio” czy „eko”, które są jedynie marketingowym pomysłem na wyciąganie pieniędzy z kieszeni konsumenta.

 

- Chce pan przez to powiedzieć, że opinie weterynaryjne wydawane dzisiaj są niewiarygodne?

 

- W dużej części tak. Dzisiaj sytuacja jest taka, że instytuty są kupione, można tam zamówić każdą opinię jaką się chce. To kwestia ceny. To zjawisko masowe, ale też jak ma być inaczej skoro lekarze weterynarii w takich ośrodkach zarabiają po 2,5 tys. zł.? Będzie jeszcze gorzej, bo minister Ardanowski właśnie obciął 50 proc. środków na instytuty naukowe. To się po prostu wszystko zwija, a nie rozwija.

 

- Czy obecna struktura właścicielska handlu, przetwórstwa sprzyja kontroli żywności, bezpieczeństwu?

 

- Oczywiście, że nie. Oddaliśmy handel, oddaliśmy przetwórstwo, a rolnicy w tym całym biznesie nie mają nic do powiedzenia. Reguły gry ustalają koncerny, wielkie firmy, przy aprobacie polityków. Weźmy taką Polską Federację Producentów Żywności – ona tylko z nazwy jest polska. Tam nie ma polskiej firmy. Tam jest Nestle, Danone, Pepsico, Coca-cola i wiele innych podmiotów, które z funduszu promocji polskiej żywności czerpią środki do promowania swoich produktów, m.in. w telewizji. Czyli sytuacja jest taka, że z pieniędzy polskich rolników, którzy dostają głodowe stawki za swoje plony, producenci, którzy dyktują ceny jeszcze sobie robią marketing. Jest też druga organizacja - Polska Federacja Dystrybucji i Handlu, która jest istotnym elementem ustalania reguł w branży. I tutaj należą wszystkie sieci handlowe, żadnej polskiej. Te dwie organizacje mają największy wpływ na legislację regulującą rolnictwo, przetwórstwo, handel. Wytworzył się układ mafijny z udziałem ministerstwa rolnictwa, ARiMR, Krajowego Ośrodka Wsparcia Rolnictwa, który ma instrumenty do działania a z nich nie korzysta. Osobnym problemem jest rola Izb Rolniczych, które rocznie otrzymują 36 mln pieniędzy z podatków od gruntów rolnych i niewiele z tego wynika.

 

- Używa pan mocnych słów...

 

- Nie boję się tak tego nazywać. Robię to przy różnych okazjach. Zdrowie i żywność to najważniejsze sprawy. Mam moralny obowiązek mówić głośno o tym, że jesteśmy truci, jak i dlaczego tak się dzieje. Ta zorganizowana grupa przestępcza funkcjonująca w układzie PSL-PO-PiS, sprzyja lobby obcego kapitału, wyniszcza polskie rolnictwo, tworząc legislację szkodzącą polskim rolnikom i w efekcie także konsumentom. Chodzi o wielkie pieniądze. Kolejne rządy zaniedbują nasze bezpieczeństwo żywieniowe nie tylko w sensie jakości. Mamy kłopot z zapasami na wypadek jakiejś katastrofy, z mechanizmem stabilizowania cen na rynku. Mówił o tym raport NIK z 2016 r. Nie trzeba czołgów ani samolotów, żeby nasz kraj doprowadzić do bezbronności. Tymczasem na zbrojenia wydajemy 2 proc. PKB, a na rolnictwo – 0,4 proc. Państwowa firma Elewar, która ma stabilizować ceny na rynku, sama czeka na propozycje prywatnych firm w rozliczeniach z rolnikami i wtedy skupuje po podobnych cenach. A przecież to on ma wyznaczać poziom cen. Ale jak ma to robić, gdy połowę swoich powierzchni magazynowych wynajmuje prywatnym firmom. Państwo w ubiegłym roku pozwoliło sprzedać ogromne ilości zboża, bazy paszowej. To zachwiało rynkiem, pogłowia spadły, jednym słowem tracimy suwerenność żywnościową. W ciągu ostatnich czterech lat straciliśmy połowę trzody chlewnej. Oddajemy rynek, tracimy na niego wpływ. Kłopot jest też z nowoczesnymi mniej szkodliwymi środkami ochrony roślin, które pojawiają się na Zachodzie, a do nas często docierają po kilku latach, bo zagraniczne koncerny czyszczą sobie magazyny z niewykorzystanych tam zapasów, wysyłając je do nas. Wspomnieć też trzeba o kłopotach z budową giełdy towarowej dla polskich rolników pod Krakowem. Komuś to bardzo nie na rękę i trzeci rok już sprawa nie może ruszyć z miejsca.

 

- Jak to jest, że mimo tego wieś, jak widać z wszelkich analiz, głosuje dziś na PiS?

 

- To efekt przemyślanej polityki nastawionej na skłócanie strony społecznej, miasta z wsią, zaciemniania obrazu. Bo przecież w wyniku tego wszystkiego co się dzieje rolnik jest tylko jedną z ofiar. Największe konsekwencje ponosi konsument, bo płaci drogo za niezdrową, niepewną żywność. Dlatego ważne jest, żeby konsumenci zrozumieli sytuację, w jakiej się znajdują i zaczęli wymuszać zmiany. Żeby wiedzieli, że w Polsce wciąż legalne jest stosowanie rundapu, który jest zakazany w krajach Zachodu. Szkodliwe składniki tego środka wykryto m.in. w oleju rzepakowym, którego przecież dużo używamy. Dzieciom podajemy paróweczki z antybiotykami i inną szkodliwą chemią, bo nie ma mechanizmów, które eliminowałyby nieuczciwych producentów i zagrażające zdrowiu składniki.
 

Komentarze (14)

świń juz dawno nie jem, to naprawde fatalne mieso, trzeba ograniczyc lub calkiem rzucic, ludzie kolo jest lekko nawiedzony ale ma duzo racji!

Dopóki nie powstanie Państwowa Inspekcja Bezpieczeństwa Żywności to będzie bałagan. Emerycki sanepid i niewydolna Inspekcja Sanitarna tworzą fikcje nadzoru.....

Kolo przespał całą kadencję PO-PSL.
Ale lepiej późno niż wcale...

ja to bym sie bal zeby seryjny samobojca do mnie nie przyszedl jakbym te rewelacje naglasnial, grasuje teraz

Wiarygodność tego Pana jest podobna do A. Macierewicza.

Dla mnie jest wiarygodny ten tester żywności, którego działanie demonstrował na parówkach znanej firmy.

Nie czytam tego bełkotu, bo szkoda mi czasu.

Problem z żywnością istnieje od lat. Najgorsze są ogromne przedsiębiorstwa, które hodują krowy, świnie, kury...
To one w dużej mierze są odpowiedzialni za to, w jakich warunkach żyją te zwierzęta.

Nie liczy się zdrowy chów, bo zdrowy i ekologiczny chów jest równy z brakiem opłacalności. Liczy się pieniądz, a więc nikt nie przejmuje się, w jakich warunkach te zwierzęta przebywają. Chów tych zwierząt musi być opłacalny, a więc stawia się nie tylko na ilość, ale także na czas - zwierzętom podaje się specjalne mieszanki pasz z domieszką hormonów przyspieszających wzrost.

Do dużych niemieckich przedsiębiorstw wtargnęli obrońcy praw zwierząt i z ukrytej kamery kręcili, w jakich warunkach żyły zwierzęta. Żyły w ścisku, we własnych odchodach, na którym się ślizgały. Ponadto obrońcy praw zwierząt znaleźli worki z antybiotykiem w proszku, który dodawano do paszy, pomimo, iż przedsiębiorstwo zaprzeczało stosowaniu antybiotyków.

Maciorki leżały w ścisku, wąsko pomiędzy dwoma metalowymi elementami, podobnymi do przęsła płotu. Ich zadaniem było leżenie na boku, by umożliwić prosiętom ssanie mleka.

Kury w chowie klatkowym wyrywały sobie pióra. W jednym z przedsiębiorstw, gdzie kury hodowano od jajka, sortowano je. Małym kogutom ręcznie ukręcano główkę, bo liczyły się wyłącznie kwoki.

Niektórzy weterynarze przymykali i nadal przymykają oko na warunki, jakie panują w takich przedsiębiorstwach i zakładach.

Mięso po przyrządzeniu często konsystencją przypomina podeszwę; jest żylaste i niesmaczne. Słonina tak marna, że po wysmażeniu nie ma praktycznie białej masy, bo w większości pozostają same skwarki.

Proponuję nie jeść mięsa i problem z głowy.

To sprawy nie załatwia, bo mięso w diecie też jest potrzebne, zwłaszcza dla dzieci, które rosną.

Dobry rosół wzmacnia chorego w trakcie i po przebytej chorobie.

Problemem jest to, że nie wiemy czym zwierzęta na mięso są karmione.

Antybiotyki dodawane do pasz dla zwięrząt są przyczyną, że człowiek uodparnia się na leki :(

Panie Marcinie powiedziane w punkt tylko szkoda że tak naprawdę nikomu nie zależy aby coś poprawić i nikt tu nie wspomina jak powiedzieć ludziom że jajko po złotówce, chleb 7 złotych, karkówka na grilla 25 złotych, ser żółty 40 złotych...

a ja wiem co sporzywam hehehehe kustosz zawsze jest dobry i jest de best .

Spożywam jeśli już.

wybory ido

jedni walczą i pod przykrywką "dbania" o zdrową żywność chcą KASĘ. a wystarczy aby: zrezygnować na masową skalę zakupów w marketach i co tylko się da kupować u lokalnych dostawców, rolników. Wspieramy polskie rolnictwo/przetwórstwo a wypinamy się na markety. a to że w PL mamy mniej wydajnie proszki do prania, mniej aromatyczną kawę /pomimo iż tyle samo to kosztuje w DE../może "ich" oduczymy nieco od oszukiwania NAS...? protesty podwyżki dla lekarzy niewiele zmienią, MY możemy to zmienić! ja tak robię...

Napisz komentarz

WERYFIKACJA
Poniższe zadanie ma na celu stwierdzenie, czy jesteś człowiekiem, a tym samym przeciwdziałanie spamowi.