"Solidarność" nie mogła przegrać

"Solidarność" nie mogła przegrać

„Proszę państwa, czwartego czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm” - oznajmiła w państwowej telewizji Joanna Szczepkowska. U wielu to oświadczenie wywołało niemal euforię. Po 20 latach od pamiętnych wyborów ta króciutka migawka telewizyjna jest jednym z najbardziej rozpoznawalnych symboli historycznego przełomu, podobnie jak plakat „Solidarności” z Gary Cooperem, zachęcającym do głosowania w samo południe.

Czwarty czerwca 1989 roku w Jeleniej Górze pamiętam przez pryzmat końca pierwszej klasy szkoły średniej. W telewizji oglądało się Wałęsę i czasem rozmawiało z kolegami na przerwach o tym, że „czerwoni” odchodzą, a przychodzi „Solidarność”.

W tym czasie, w ostatnich dniach kampanii wyborczej w Jeleniej Górze trwała „wojna o płot”, która miała nie takie znowu błahe znaczenie.

- Drewniany płot zabezpieczał kamienice na rogu 1 Maja i Klonowicza. To był największy chyba wtedy „bilboard” w mieście. Jednego dnia my oklejaliśmy ten płot naszymi plakatami, a w nocy konkurencja kleiła swoje. I tak na zmianę, czasem nawet dwa razy w ciągu doby – wspomina Wojciech Jastrzębski, który w tamtym czasie zajmował się propagandą w Wojewódzkim Komitecie Obywatelskim.

Na archiwalnym filmie z tamtego okresu, przechowywanym w pracowni dokumentacji filmowej Jeleniogórskiego Centrum Kultury, jest taka scena: wzdłuż płotu idzie Tadeusz Lewandowski, który był szefem kampanii Komitetu Obywatelskiego i Andrzej Piesiak – kandydat na senatora. Widzą z daleka, jak jacyś ludzie rozdają przechodniom ulotki „Solidarności”. T. Lewandowski patrzy na zaklejony plakatami płot i mówi: „ A tu się podczepił pan Cieślak”.

- Takiej kampanii do parlamentu już nigdy potem nie było. Opierała się głównie na bezpośrednich spotkaniach, wiecach, na rozdawaniu ulotek, plakatowaniu. To był bardzo spontaniczny okres, pomagało nam wielu ludzi. Organizacyjnie to była mordercza praca – bez komórek, z ograniczonym dostępem do telefonów, bez komputerów – dodaje Tadeusz Lewandowski.

Najmocniejszym akcentem kampanii wyborczej prowadzonej przez „Solidarność” był słynny wiec na stadionie 27 maja 1989 roku. Do Jeleniej Góry przyjechał wtedy słynny aktor francuski Yves Montand i aktorka Anna Nehrebecka. Na Złotniczą przyszło wtedy około dwóch tysięcy osób. Montand powiedział wtedy, że nie przyjechał po to, by wtrącać się w nasze wewnętrzne sprawy i mówić na kogo Polacy mają głosować. Ale zaznaczył, że gdy powstała „Solidarność” on i inni jego koledzy wiedzieli, że temu ruchowi chodziło nie tylko o załatwieniu wielu problemów dla Polski, ale też dla innych krajów miłujących wolność i demokrację.

Yves Montand chciał przylecieć wtedy do Polski swoim helikopterem, ale władze się na to nie zgodziły. Francuski gość razem z Anną Nehrebecką odwiedzili także inne miasta. Zasada była taka, że gospodarze spotkania organizowali transport gościom do kolejnego miasta.

Po prezentacji kandydatów Komitetu Obywatelskiego uformował się spontanicznie ogromny pochód i na czele z Montandem i Nehrebecką ruszył ulicami miasta. „Chodźcie z nami, dziś nie biją!” - nawoływali demonstranci do przechodniów. Gdy zobaczyli radiowóz milicji zabezpieczający przemarsz zawołali „milicjanci, rzućcie pały!”, a do kilku żołnierzy - „wojsko z nami!”.

Pewnym zaskoczeniem dla opozycji było zaproszenie w 1989 roku I sekretarza KW PZPR w Jeleniej Górze przez metropolitę wrocławskiego, kardynała Henryka Gulbinowicza. Jerzy Gołaczyński pojechał do Wrocławia, rozmawiał o sytuacji w województwie, o budowach nowych kościołów i o polityce.
- Złożyłem wtedy takie kurtuazyjne zaproszenie kardynałowi do odwiedzenia Jeleniej Góry. I niespodziewanie, gdy kardynał do Jeleniej Góry się wybrał przyjechał do komitetu. Tego nigdy i nigdzie w Polsce nie było – wspomina z uśmiechem J. Gołaczyński. Sytuacja była tym bardziej nietypowa, że w sekretariacie natychmiast zjawili się inni oficjele, sekretarze, przedstawiciele milicji, urzędu wojewódzkiego i miejskiego. A kard. Gulbinowicz poprosił o rozmowę z I sekretarzem na osobności. A „aparat” czekał pod drzwiami.

Tadeusz Lewandowski przypomina sobie wizytę kardynała Henryka Gulbinowicza z początku maja 1989 roku w Jeleniej Górze. Na dworze wtedy było zimno i palaczowi z ratusza polecono napalić w centralnym.

- Słyszałem wtedy, że tak się przejęli tą wizytą, że palacz trochę więcej dołożył do pieca i zrobiło się tak ciepło w ratuszu, że w bufecie, w przybudówce, stopiły się czekolady.

Całość czytaj w najnowszym wydaniu "NJ"

"Solidarność" nie mogła przegrać

Komentarze (0)

Napisz komentarz

WERYFIKACJA
Poniższe zadanie ma na celu stwierdzenie, czy jesteś człowiekiem, a tym samym przeciwdziałanie spamowi.